Nie mam już na nic siły, więc zamykam się w swoim małym świecie, sama.
Nie wiem co się ze mną dzieje.
Ostatnio pisałam, że się postaram. Zrobiłam to, chciałam by moje życie miało jakiś sens.
Ale chyba za bardzo się postarałam.
Żyję przeszłością, tym co mi kiedyś powiedział i cały czas mam nadzieję, że myśli tak samo o mnie jak wtedy. Tylko, że wtedy byłam zupełnie inną osobą, niezrównoważoną, nie chciałam żadnego związku, niczego co by niosło ze sobą zaangażowanie, miałam totalnie wyjebane na wszystko.
Ale to co mi wtedy powiedział było pierwszą rzeczą, o której pomyślałam, kiedy postanowiłam coś zrobić ze swoim życiem, mimo, że to było jakieś pół roku temu. Później było z parę imprez, na których nam się mega dobrze gadało. Ale nic po za tym.
Nie wiem co się ze mną stało, kiedyś byłam silną osobą, która, kiedy coś chciała, to po prostu po to sięgała. Teraz się boję. Nie wiem czego, może odrzucenia? Chodzimy do jednej szkoły, dzięki temu cały czas go widzę, uśmiecha się do mnie. Miewam o nim sny. Czy to mi wystarcza? Trochę, póki co.
Powinnam do niego zagadać, umówić się, cokolwiek, ale się boję. Może dlatego, że tak naprawdę nigdy nikt mi nie odmówił i nie wiem co by się stało, gdy zrobiłaby to osoba, na której mi, w pewnym sensie, zależy.
Wiem, piszę trochę jak jakaś nastolatka, która zakochała się w przystojnym chłopaku ze szkoły i nie wie co ma zrobić, bo bardzo się wstydzi. Ale chyba takie jest życie właśnie, istnieją pewne schematy, które po prostu się powtarzają i, niestety muszę przyznać, że spotkało to nawet mnie.
Co zrobię? Jeszcze nie wiem.
Może życie mnie zaskoczy, albo on, ludzie mają do tego tendencję. Ale też nie mogę czekać, by coś się zdarzyło, bo życie jest na to zdecydowanie za krótkie.
Zabieram się do napisana czegoś tutaj od paru godzin, ale kiedy już zaczynam nie wiem od czego zacząć, a mam potrzebę wyrzucenia z siebie tego i owego. Tyle nieuporządkowanych myśli w mojej głowie, tyle sprzecznych uczuć, wątpliwości, nie wiem co mam z nimi zrobić.
Po pierwsze mam już dość tego, że na niczym mi nie zależy, że niczym się nie przejmuję. Naprawdę chciałabym coś poczuć w końcu, coś mocnego. Życie jakie do tej pory prowadziłam miało swoje plusy, nawet dosyć dużo ale po pewnym czasie stało się nudne, a ja potrzebuję jakichś zmian, wariuję kiedy wszystko zamienia się w rutynę. Potrzebuję kopa w postaci jakiegoś silnego uczucia. Coś, co mnie sprowadzi na ziemię.
Jedak kiedy zaczynam coś zmieniać albo chociaż się staram, czuję, że to nie dla mnie. Za każdym razem, kiedy podejmuje jakieś kroki jestem odpychana (stąd ostatnia notka) i wracam do poprzedniego stanu. Za łatwo się poddaję, zaczynam uważać, że to do mnie nie pasuje, że nie jestem tego typu osobą zdolną do takich rzeczy.
A później sobie myślę: a czemu nie? co mi szkodzi? Bo przecież tak naprawdę nie mam nic do stracenia.
I znów wracam do punktu wyjścia.
Co mam zrobić?
Będę próbować, mimo, że wiem, że na początku nie będzie łatwo ale spróbuję. Obiecuję to sobie.
Och. O wiele lepiej to z siebie wyrzucić. Uporządkowałam swoje myśli, nazwałam je. Dobrze, że jest takie miejsce, gdzie mogę się wygadać i w sumie dobrze, że rzadko kto tu bywa, moje popierdolone myśli mam tylko dla siebie.